sobota, 26 maja 2012

Rozdział 6 - Zadzwoń, okłam mnie, a ja opowiem ci o moich problemach

- Przykro mi pani Kamilo. - lekarz pokiwał smutno głową. - Od naszej ostatniej wizyty nie mam dla pani żadnych dobrych wieści.
- Zacznijmy od tego, że ostatnio widzieliśmy się trzy dni temu. - powiedziałam z sarkazmem. Po raz drugi w tamtym tygodniu zjawiłam na się dializie. Ręka jeszcze bolała mnie po ostatnim oczyszczaniu, a znów miałam dać się podpiąć do sztucznej nerki. Niestety dopóki nie znalazłby się dla mnie dawca  musiałabym jeszcze wiele razy tam przychodzić. Oby dwie moje nerki nie pracowały poprawnie. W dodatku o dawcę było wyjątkowo trudno. Byłam uziemiona w stolicy.
Od mojego ostatniego spotkania z chłopakami minęło prawie pół roku. Kilka razy do mnie dzwonili, ale nasze rozmowy nie wnosiły nic nowego. Ich najnowsze zdjęcia krążące po internecie wyraźnie wskazywały, że są zmęczeni. Po powrocie do Wielkiej Brytanii od razu rzucili się w wir pracy. Harry'ego dodatkowo od środka niszczyła śmierć Davida. Styles tak samo, jak ja nie wiedział o chorobie. David nie powiedział nikomu co się z nim dzieje. Nawet rodzinie. Wydawało mi się, że on jest odpowiedzialnym człowiekiem. Że ma głowę na karku. Że wie, jak się zachować w każdej sytuacji. Tyle razy powtarzał mi co mam robić w razie jakiś okoliczności. Jednak własnych rad nie słuchał. Jak ja mogłam mu ufać? Zaciągnął mnie na wojnę i afrykańskie pola minowe, a ja, jak idiotka mu po prostu ufałam! Byłam jeszcze głupim dzieciakiem. Teraz to sobie uświadomiłam.
   Pewnego jesiennego dnia wracałam z pracy do domu. Szłam chodnikiem mijając skąpane światłami ulicznych latarni stare blokowiska. Było już grubo po 21, więc mijałam młodych ludzi, którzy ruszyli na podbój Warszawskich klubów i dyskotek. Kiedyś tak, jak oni w sobotnie wieczory wybywałam z mieszkania, aby się wyszaleć, ale teraz nie miałam na to, ani ochoty, ani siły, ani czasu. Znudzona widokiem graffiti, zeszłam z Grochowskiej do parku Szypowskiego. Pokucką trafiłam na Hetmańską, a potem skrótem pomiędzy blokami na Żółkiewskiego. Szara kamienica przywitała mnie skrzypem starych drzwi, a następnie odprowadziła na drugie piętro odorem kocich odchodów. Nie miałam nic przeciwko tym zwierzakom. Prawdę mówiąc byłam kociarą, ale moja sąsiadka, która sprowadza do swojego mieszkania wszystkie bezdomne koty z naszego osiedla doprowadzała mnie do białej gorączki. Jak można w 32 metrach kwadratowych trzymać prawie dwadzieścia kotów? Kobieta już kilka razy dostawała nakaz od wynajemcy o usunięcie zwierząt, a wizyty straży miejskiej były dla nas codziennością. W końcu po wielu błaganiach wynajemca i my mieszkańcy zgodziliśmy się na nadprogramowych lokatorów w budynku, lecz pod warunkiem, że nie będą one załatwiać swoich spraw na klatce schodowej. Kobieta zapewniła, że kupi kuwetę. Na samych obietnicach się skończyło. Klucz zgrzytnął w zamku i w ciągu ułamków sekundy jego mechanizm zadziałał i mogłam wreszcie wejść do swojej kawalerki. Mimo iż mieszkanie było małe to bardzo przytulne. Sprowadzając się tam starałam się urządzić je tak, aby ktoś kto odwiedza mnie pierwszy raz zostawił za sobą smutne osiedle oraz obskurną klatkę schodową i czuł się u mnie, jak w innym świecie. Na marne się trudziłam, bo rzadko zdarzało się, aby ktoś do mnie zawitał. Położyłam torbę na kuchennym blacie i wróciłam do przedpokoju, aby zdjąć płaszcz i buty. Rozłożyłam się wygodnie na kanapie, zamknęłam oczy i z przyjemnością cieszyłam się każdą sekundą w ciszy z dala od codziennego zgiełku i życia w dużym mieście. Czułam, że odpływam, że powoli wybieram się do krainy Morfeusza. Uśmiechałam się w duchu na samą myśl o słodkim śnie. Aż tu nagle moją własną chwilę zupełnej ciszy rozdarł dźwięk dzwoniącego telefonu. Niechętnie podniosłam się z legowiska po komórkę. Wygrzebałam ją z torby i wcisnęłam zieloną słuchawkę.
- Słucham? - wypowiedziałam swoją formułkę.
- Kamila? Cześć tu Niall. - odparł głos po drugiej stronie.
- O hej blondasku. - zaśmiałam się i wróciłam na swoje miejsce na kanapie.
- Dawno z tobą nie rozmawiałem, więc pomyślałem, że warto to zmienić.
- Ja na twoim miejscu to wyłączyłabym telefon i zaszyła się na tydzień w jakimś ustronnym miejscu z butelką piwa. - poradziłam, jak to miał w zwyczaju David.
- Marzenia ściętej głowy. - westchnął Horan.
- No to gadaj co tam u was. - zarządziłam.
- Nic takiego. Podróżujemy, koncertujemy, nagrywamy...
- To to wiem. Chodzi mi o wasze samopoczucie. - przerwałam mu.
- Jak zawsze wszystko w porządku.
- Nie kłam. Widać po zdjęciach, że jest z wami nie tak. Powiesz o co chodzi?
- Wszystko jest w jak najlepszym porządku. Lepiej powiedz to u ciebie.
- Nie zmieniaj tematu Nialler.
- Och... Przepraszam. Jest mi ciężko. Jestem zmęczony. Wszystko mnie boli. Mam chrypę i nikogo komu mógł bym się wyżalić. - jęczał.
- Znam ten ból. - zasmuciłam się.
- Słuchaj. Co powiesz na to, abyś przyjechała do mnie, do nas... - poprawił się. - Na wakacje? Ty odpoczniesz, ja odpocznę. Z resztą mówiłaś, że chciałabyś zwiedzić trochę Anglię.
- Niall, dziękuję ci za propozycję, ale chyba nie ma takiej opcji... - odparłam i przełknęłam nerwowo ślinę. Naraz przypomniało mi się, że jutro mam kolejną dializę.
- Dlaczego? - zdziwił się. Nie chciałam go okłamywać, więc opowiedziałam mu prawdę. Do teraz zastanawiam się, czy to była najlepsza, czy najgorsza decyzja w moim życiu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz