czwartek, 14 czerwca 2012

Rozdział 8 - Wszystko się zmienia

     Dałam mojej mamie obietnicę, że jeśli nie wyjdzie mi światowe życie w stolicy, wracam na Śląsk i zaczynam studia. Owszem na studia się wybrałam, lecz nie w moim kraju. Nie ma to, jak sprzedać wszystko co się dotychczas posiadało i z jedną walizką wyjechać do obcego kraju, obcego miasta i do obcych ludzi. To była najbardziej szalona decyzja w moim życiu. A o mało bym nie zdążyła na samolot. Wszystko to przez kolejny wypadek na skrzyżowaniu Puławskiej i Lotników. Nie wiem dlaczego jechaliśmy akurat tą trasą, ale nie wnikałam. To taksówkarz prowadził, nie ja. Tak właściwie to studia przełożyły się trochę w czasie. Najpierw trzeba było na nie zarobić. Jesień w Londynie prawie niczym nie różni się z tą Polską, może dla mnie jest trochę bardziej magiczna. Miasto ma w sobie tyle magii to i jesień w nim musi być magiczna. Kiedyś Złota Polska Jesień była dla mnie Złotą Polską Jesienią, ale po pewnym czasie straciła swoje złoto na rzecz szarości. I co nam wyszło? Szara Polska Jesień. Może wkrótce Londyńska jesień nie będzie magiczna, ale póki co jest i zamierzam się tym cieszyć. 
     Nie długo cieszyłam się tą jesienią, bo razem z chłopakami kontynuowałam trasę po Europie. Wcześniej zaliczyliśmy już Francję i prawie całe Włochy. Teraz mieliśmy pojawić się w Niemczech, Austrii, Czechach i Polsce. Ta ostatnia pozycja nie napawała mnie optymizmem z oczywistych powodów, ale nie miałam innego wyjścia. Musiałam lecieć tam, gdzie ich manager mi kazał. Praca nie należała do najprzyjemniejszych. Nie z powodu tony papierów Paula, ciągłych telefonów i kubków, które musiałam mu przynosić. Każdy dzień był nie kończącym się pasmem porażek i nie powodzeń przez chłopaków! Robili mi na złość? Chcieli, abym odeszła, albo Paul mnie zwolnił? Dlaczego Harry namawiał mnie na tą pracę, a teraz najbardziej ze wszystkich mi dogryza? Pół roku temu byli całkiem inni. Dlaczego zachowują się inaczej? To dlatego, że jestem zwykłą asystentką, a wcześniej ode mnie zależało, jak zostaną opisani w artykule? Popełniłam błąd zgadzając się? Chyba...
     - Masz młoda! - krzyknął Zayn i rzucił w moją stronę kaskiem. Złapałam go, w ostatnim momencie ratując swój nos przed stłuczką.
- Po co mi on? - zapytałam się.
- Jedziemy na tor przeszkód kładami. - odparł Niall uśmiechając się szeroko. Lubiłam ten jego uśmiech. Nieważne, jak bardzo byłabym na niego zła to i tak sama uśmiechałam się na ten widok.
- Spoko, ale po co mi kask? - spytałam się z naciskiem na słowo ,,mi''.
- Bo jedziesz z nami? - odpowiedział Louis tak, jakby to było oczywiste. Na sam dźwięk tym słów poczułam, że słabnę. Musiałam wyglądać na prawdę przestraszoną, bo na ich twarzach pojawiły się złośliwe uśmieszki. Tak właściwie to nie wiem czego się bałam. Jeździłam na kładach i to niejednokrotnie. Często razem z kolegą jeździłam po lasach i łąkach. Pokazywał mi różne triki, a ja starał się je powtarzać. Za zwyczaj mi się udawało. Za zwyczaj... Raz spadłam z maszyny do wody i musiał mnie ratować. Nie umiem pływać, straciłam przytomność. Na moje szczęście, dzień wcześniej mieliśmy kurs pierwszej pomocy. Chłopak musiał coś z niego zapamiętać, bo metoda usta-usta wyszła mu całkiem dobrze. Co ja mówię?! Wyszła mu świetnie, gdyż wciąż żyję! Tym właśnie sposobem zaliczyłam swój pierwszy pocałunek. Założyłam kask na głowę i poszłam za nimi.  Zdecydowali, że na początku pojadę, jako pasażer z jednym z nich, a z powrotem sama. Przytaknęłam na to. Jeszcze ja im pokarzę - myślałam. Tak też zrobiłam.
- Mała, skąd ty potrafisz takie rzeczy? - dziwił się Liam, gdy zgasiłam kład w podziemnym parkingu hotelu. - Tego David nauczyć cię nie mógł.
- Mam też innych kolegów. Z resztą ten wasz tor przeszkód może się schować. Myślałam, że dopiero na niego jedziemy, a okazało się, że dawno go już przejechałeś. - tak jechałam z Liam'em. - I tym oto sposobem, wreszcie wygrywam! - oznajmiłam dumnie i wcisnęłam Harry'emu kask do rąk. W tych ,,zawodach'' wygrałam pierwszy raz. Za zwyczaj nie odpowiadałam na ich zaczepki, ale miałam już tego dość i postanowiłam pokazać im swoją drugą naturę. Ta wojna się dopiero zaczyna!

poniedziałek, 11 czerwca 2012

Rozdział 8 - Zmiana priorytetów?

Ciekawi was takie uczucie, że gdy jesteście już całkowicie przekonani o porażce to nagle los uśmiecha się do was i wygrywacie? Mnie zawsze. W końcu po dwudziestu latach czekania udało mi się takiego uczucia doświadczyć. Kilka razy zdarzało mi się coś podobnego, ale to co przeżyłam tamtego dnia było najbardziej niewiarygodnym zdarzeniem w moim życiu. Przekonana, że na przeszczep przyjdzie mi czekać kilka miesięcy, jeśli nie lat nagle dostaję informację, że za tydzień mam operację. Nie można opisać słowami tego co działo się w mojej głowie. Do teraz mam mętlik, gdy muszę o tym opowiadać. Postanowiłam się jednak wziąć w garść i chodź spróbować. Nie wyszło, bo nie będę używała brzydkich słów. Chociaż?
- Następna wizyta we wtorek, tak? - zapytałam się lekarza, ale wiedziałam jaka będzie odpowiedź. Myliłam się.
- Następna wizyta nie będzie konieczna. Zgłosił się do nas dawca dla pani. - odpowiedział mężczyzna w białym fartuchu.
- Dawca? Kim on jest? - wydusiłam z siebie ledwo.
- Przykro mi. Tajemnica. - uśmiechnął się serdecznie. - W recepcji podadzą pani więcej informacji. - wyszłam z gabinetu, bez słowa. Była w kompletnym szoku. Czyżby szczęście się do mnie uśmiechało? Wreszcie po tak długo ciągnącym się pasmie niepowodzeń i porażek. Falerna podróż, śmierć Davida, chore nerki, strata pracy... Nic nie było w stanie zniszczyć mi tego dnia. Nawet ,,prezenty'' kotów mojej sąsiadki. Tego wieczora księżyc w końcu usłyszał z moich ust szczęśliwą historię.

***

Bałam się. Oczywiście, że się bałam. Bo, jak się nie bać, gdy jakiś obcy facet ma przeprowadzić na tobie operację? Zawsze bałam się wszystkiego, więc stres związany z zabiegiem był ogromny. Bałam się każdej wizyty u jakiegokolwiek lekarza. Zawsze istniało ryzyko, że będę musiała stoczyć walkę z igłą. Od dziecka panicznie bałam się zastrzyków. Zaliczałam tylko szczepienia obowiązkowe, krew pobierałam raz na parę lat, tylko znieczulenie u dentysty stosowałam regularnie. Z tym dentystą to też nie było u mnie najlepiej. Nie znoszę zapachu gabinetu, dźwięku wierteł, irytującego lustereczka, gazy i wszystkiego co się z dentystą kojarzy. Unikam wizyt u stomatologa, jak ognia. A jeśli już muszę się do niego wybrać to jadę specjalnie na Śląsk do mojego sprawdzonego doktora. Leczy mi zęby od wielu lat. Skoro przekonał mnie do borowania to przekona każdego i dlatego jest dla mnie cudotwórcą. Wracając do zabiegu. Nie spałam całą noc, nic nie jadłam. Nie mogłam jeść, ale gdybym mogła to i tak bym nie jadła. Nerwy były nie do zniesienia. Ból rozrywał moją głowę. Do szpitala dotarłam ledwo żywa. Dobrze, że była ze mną moja ciocia, z którą kiedyś mieszkałam. Tak właściwie to chyba nie była moja ciocia, ale i tak mówiłam na nią ciocia podczas, gdy na jej siostrę po imieniu.
- Trzymaj się młoda. Dasz radę. - pocieszała mnie.
- Boję się. - wyszeptałam.
- Wiem to, ale jeśli nie dasz się zoperować to będziesz siedzieć w stolicy do końca życia. - zagroziła. Do końca życia w Warszawie? - myślałam. - Nie w tym życiu!
- Ile można czekać? Jeszcze bardziej się stresuję. - zniecierpliwiłam się. Ręce mi się trzęsły ze strachu, a serce biło, jak oszalałe.
- Czyli cię jednak przekonałam? - zaśmiała się moja ciocia i objęła mnie ramieniem. Zostało mi tylko czekać.
     Od operacji minęły dwa tygodnie. Wszystko dobrze się potoczyło. Organ się przyjął i nic nie wskazywało, że miałby być odrzucony. Z każdym dniem czułam się coraz lepiej. Moja ciocia bardzo mi pomagała. Po raz drugi zaproponowała mi wykorzystać swoje znajomości w znalezieniu dla mnie pracy. Zapewniałam ją, że nie musi tego robić, ale ta się uparła i nie chciała zrezygnować ze swojego pomysłu. 14 dni po przeszczepie skończyły mi się tabletki i byłam umówiona na kontrolę. Siedziałam już w gabinecie lekarza, lecz on musiał na chwilę wyjść i pomóc przy nagłym wypadku. Nie wracał już od dziesięciu minut i zaczynałam się niecierpliwić. Wstałam z krzesła i podeszłam do okna. Rozciągał się za nim widok na wewnętrzny plac szpitala,  na którym stały karetki. Obróciłam się w stronę biurka. Podeszłam do niego. Leżała na nim moja kartoteka. Wzięłam głęboki oddech i zaczęłam ją czytać. Już dochodziłam do momentu, gdzie miało pojawić się nazwisko mojego dawcy, gdy drzwi gabinetu się otworzyły i ujrzałam w nich mojego lekarza. Szybko zamknęłam teczkę i usiadłam na swoim miejscu.
- Proszę tego nie robić. - pouczył mnie, a ja tylko się głupio uśmiechnęłam, aby ukryć zażenowanie. Było mi wstyd, że lekarz mnie nakrył, ale i byłam zna na siebie, że nie zdążyłam się dowiedzieć kim był mój dawca. Nie mogłam znieść tego uczucia niewiedzy. Ciekawość ludzka nie zna granic, to pewne.
     Park Szypowskiego mieścił się bardzo blisko mojego mieszkania. Wystarczyło z Hetmańskiej zejść w Puławską i już znajdowałeś się w innym miejscu. Wysokie, stare drzewa tworzące swoimi koronami pokaźne baldachimy, równo ścięta trawa, porośnięte mchem krawężniki i oplecione bluszczem parawany. Kochałam te chwile spędzone z książką na ławce. Dzieci rzadko się tam bawiły, a i młodzież przeniosła się w inne miejsca, więc nic nie było w stanie zakłócić ptasich koncertów rozbrzmiewających wśród gęstwiny żywopłotu okalającego cały park. No może poza odgłosami samochodów z Grochowskiej, ale wgłębi parku nie było ich już zupełnie słychać. Pochodzę ze wsi i bardzo cenię sobie ciszę i spokój parku Szypowskiego. Pamiętam, że jak mieszkałam jeszcze z rodzicami na Śląsku, chodziłam na spacery polną drogą. Nie raz zdarzało się omijać rozległe, bagniste błoto i deptać sąsiadowi uprawy. Najbardziej niebezpieczną drogą była przeprawa przez kwitnący rzepak. Jeśli masz uczulenie na pszczoły to nawet nie próbuj. Trzeba było powoli stawiać każdy krok i rozglądać się, czy czasem gdzieś obok nie lata wielki bąk lub trzmiel. Jeśli udało się już wrócić na drogę szło się do samotnej brzozy. Rosła sobie na łące obok jakiejś rzeczki i nie sprawiała nikomu kłopotów. Siadałam pod nią i patrzyłam na rozległe pola. Jeśli zboże nie było zbyt wysokie to można było dostrzec samochody pędzące po Rybnickiej. Samotna brzoza to nie jedyny cel moich spacerów. Czasami wybierałam się na staw nazwany przez mieszkańców Gliniokiem. Nazwa wzięła się od gliniastego dna zbiornika. Podobno w stawie zatopione są wagoniki ze starej cegielni, a także szczątki nieszczęśników, których uwięziła tam ta przeklęta glina. Niektórzy uważali, że to Utopce zawiniły. Utopce to paskudne stworzenia, które miały zamieszkiwać wody Ślaska. Miały zwabiać ludzi do wody płaczem dziecka, a potem porwać i więzić w szklanych słojach w swoich podwodnych pałacach. Nie wiem ile jest w tych opowieściach prawdy, ale ja nie wierzę w żadną z nich. Gliniok to nie jedyny staw w mojej rodzinnej miejscowości. Urządzałam sobie rowerowe wycieczki do lasu, który mieścił się prawie 5 kilometrów od mojego domu. W nim swoje miejsce znalazł sobie kolejny staw. Nazywałam go Leśnym, ale tak na prawdę nie posiadał żadnej nazwy. Ktoś zbudował na jego brzegu ławkę, z której można było obserwować staw. Zdarzało się, że jakaś sarna przebiegła po drugiej stronie brzegu lub łabędzie i dzikie kaczki postanowiły usiąść na konarze drzewa wystającego z wody. Przyjemnie siedziało się na tej ławce i żal było wracać do domu. Wracając do tematu, siedziałam w parku, gdy nagle zadzwonił mój telefon.
- Hej! Jak się czujesz po operacji? - zapytała na powitanie osoba po drugiej stronie.
- Hej Harry. Bardzo dobrze. Wszystko jest w porządku. Będę żyła. - zaśmiałam się.
- Cieszę się. To znaczy, że przyjmiesz nasze zaproszenie do Londynu?
- Z tym nie będzie tak łatwo, bo nie mam za co polecieć do Londynu. Przecież straciłam pracę, a na nową się niestety nie zanosi. - posmutniałam. - Słyszałam, że byłeś w Warszawie i nawet mnie nie odwiedziłeś.
- Wiesz, tak jakoś wyszło. Miałem do załatwienia kilka spraw i przy okazji wpadłem do D...- głos mu się załamał i głośno westchnął.
- Spokojnie. Opiekuję się nim, a on nami wszystkimi. - próbowałam go pocieszyć.
- Nie ważne. A jeśli chodzi o pracę, to nasz manager szuka asystenta. Mogę z nim pogadać. On cię zna i pewnie się zgodzi.
- No nie wiem... - wahałam się.
- Będziesz z nami podróżować i w ogóle. Mówiłem już, że z nami? - podpuszczał mnie, to pewne.
- No dobra. Pogadaj z nim. - przełamałam się.
- Wiedziałem, że cię przekonam. Sprawił to mój urok osobisty?
- Nie. Raczej niewyparzona gęba. - zaśmiałam się. Teraz pewnie będzie się tłumaczył lub wszystkiemu zaprzeczał.
- To Liam'owi buzia się nie zamyka. - buczał.
- Po jego ostatnim telefonie miałam bardzo fajny rachunek.
- To ja ci nie będę nabijał. Odezwę się, jak będzie coś wiadomo, okej?
- Tak, jasne. Pa Harry. - uśmiechnęłam się trochę zasmucona.
- Pa Kama. - i rozłączył się. Schowałam komórkę do tylnej kieszeni(jak to miałam w zwyczaju). Rozejrzałam się jeszcze po parku i ruszyłam powoli w stronę domu. Słońce zaczynało chylić się ku zachodowi i lada moment miało zniknąć za dachami blokowisk. Wiatr zawiał od Grochowskiej, skrzyżowałam ręce na piersiach przez co zrobiło mi się trochę milej. Po plecach przeszedł mnie nieprzyjemny dreszcz.
- Kim do cholery jesteś? - mruknęłam pod nosem, na myśl o nieszczęsnym nazwisku mojego dawcy. Może nie powinnam, ale musiałam się dowiedzieć kim on był. Nie wiedziałam tylko jak. Szybko odgoniłam od siebie te myśli i skupiłam się na propozycji Hazzy. Podjęłam słuszną decyzję?